Sierpień w Beskidzie Niskim

Sierpień w Beskidzie Niskim

Miały być Bieszczady, a pojechałam w Beskid Niski.
Miałam jechać na trzy dni, a wyszły dwa.
Miała jechać ze mną koleżanka, a pojechałam sama.

Cel był taki, aby odpocząć od tłumów i zgiełku. Planowałam trzy dni włóczęgi, lecz wyszły dwa – tak to jest, jak blondynka planuje wyjazd w góry.

Raz na jakiś czas miewam takie akcje, że spontanicznie rzucam wszystko i jadę w góry. Przeważnie mam osobę towarzyszącą, ale tym razem koleżanka musiała zrezygnować w ostatniej chwili. Wcale mi to nie przeszkodziło w spełnieniu swojej zachcianki i pomimo kilku małych obaw – pojechałam, ale od początku…

Od wielu dni, a nawet tygodni chodził za mną wyjazd w Bieszczady, a że nadarzała się okazja w postaci długiego weekendu sierpniowego, to postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i pojechać. Chętna okazała się jedna koleżanka, której nie straszne moje towarzystwo, jednak z przyczyn osobistych musiała zrezygnować. Cóż, postanowiłam jechać sama. Wszystko działo się spontanicznie i wieczór przed rzekomym wyjazdem – dotarło do mnie jak bardzo będą oblegane Bieszczady na taki weekend, więc nici z samotnych wędrówek po szlakach. Zmieniłam plany i kupiłam bilet autobusowy do Gorlic.
Początek mojej wycieczki miał miejsce 15 sierpnia 2019 r. w Rzeszowie, a w Gorlicach byłam o godzinie 9:00. Wysiadłam z autokaru i zachwycałam się pięknem pogody, która tylko utwierdzała mnie w przekonaniu o słuszności wyboru – spacer zamiast gnicia w domu, i wszelkie obawy odeszły. Ruszyłam żółtym szlakiem, który biegnie zaraz obok dworca PKS. Szybko doszłam do najbardziej interesującego mnie szlaku – niebieskiego, którym podążałam przez najbliższe kilka godzin. Odcinek przez Gorlice jest świetnie oznakowany i wiedzie przez gorlicki park i wzdłuż Sękówki, aż do Sękowej. Warto tutaj zobaczyć zabytkowy kościół z XVI w. po drugiej stronie rzeki, widoczny ze szlaku (taki rozłożysty, stromy, gontowy dach). Ciężko się zgubić z wyjątkiem jednego miejsca, lecz przestaje to być problemem po spojrzeniu w mapę. Oddalam się od Sękowej idąc pod górkę do przysiółka zwanego Puste Pole, z którego rozcierają się piękne widoki, m.in. na masyw Magury Wątkowskiej i Gorlice w dolinie. Ciężko je uwiecznić na zdjęciach ze względu na rozłożyste i niskie połacie gór – jak to w Niskim.

Na ostatnim planie masyw Magury Wątkowskiej

Szlak przez Obocz i Huszczę jest monotonny i zalesiony. Świetne miejsce do przemyśleń bez większego zagrożenia potknięciem. Należy jedynie trochę się rozglądać i nie skradać, ponieważ nie jest zbyt często uczęszczany, a więc można się niechcący natknąć na dzikie zwierzęta. Po wyjściu z lasu znowu niebiańskie widoki, tym razem na pasmo Magury Małatowskiej i zejście na Przeł. Owczarską.

Ekwipunek na tle pasma Magury Małastowskiej i doliny wsi Owczary

Dalej wspinam się kolejno na Ostry Dział i szczyt Magury Małastowskiej. I tutaj dość spore podejście, praktycznie na sam koniec. Chwila odpoczynku i szczytowania, aby zejść kilkanaście metrów na południową stronę i zadumać się nad cmentarzem wojennym z I Wojny Światowej, na którym spoczywają świadkowie Bitwy Gorlickiej różnej narodowości. Nota bene, tych cmentarzy jest tutaj bardzo dużo, każdy inny i wart uwagi. Schodzę do schroniska im. prof. S. Gabryela i tutaj kończę wędrówkę szarlotką i butelką zimnego piwa. Czas przejścia: 6 godzin, w tym łącznie ok. 0,5 godz. odpoczynku.
Następnego dnia pobudka o 7:00, a o 8:00 byłam już na szlaku. Planowo miałam przejść do następnego schroniska w Bartnem i tutaj zostać na nocleg, ale… z Przeł. Małastowskiej (na której meldowałam się o 8:20) jest dokładnie 2,5 h do Schroniska. Pomysł, aby już od 11:00 czekać na nocleg wydał mi się absurdalny, więc zmieniłam plany.
Na Przeł. Małastowskiej znajduje kolejny cmentarz wojenny, obok którego prowadzi szlak niebieski. Szłam przez las i spotkałam tylko grzybiarzy, przez Wierch Wirchne na Banicką Górę i dalej asfaltem do skrętu z głównej drogi na szutrową prowadzącą do Bartnego. Po dojściu do miejscowości skręciłam w prawo za znakami i doszłam do oczekiwanego schroniska, gdzie postanowiłam zrobić dłuższą przerwę. Dalej ruszyłam czerwonym szlakiem GSB na szczyt Magury Wątkowskiej. Podejście nie jest wymagające, lecz ścieżka bardzo błotnista pomimo braku opadów i do Przeł. Majdan należy pilnować znaków na drzewach, ponieważ kilka dróg przecinających szlak komplikuje sprawę i można się zapętlić. Od Przeł. Majdan ścieżka bardzo wyraźna i szeroka, więc zdecydowanie trudniej się zgubić. Na szczycie znowu odpoczynek, podziwianie widoków na pasmo Jaworzyny Krynickiej i zejście do Folusza zielonym szlakiem przez Magurski Park Narodowy.

Fragment widoku na pasmo Jaworzyny Krynickiej z Magury Wątkowskiej

Początkowo szlak bardzo przyjemny przez piękną buczyną karpacką, dalej wiedzie starą drogą w dolinie Kłopotnicy i wówczas staje się monotonny, aż do końca. Na przystanek PKS doszłam o ok. 15:00, więc trasa wyniosła ok. 7 godzin, w tym ok. 1,5 h przerw. I tutaj zaczyna się najciekawsza część tego wypadu: jak wrócić do domu, skoro nie jedzie już autobus?

Teoretycznie ostatni autobus do Jasła miał jechać o 15:12, a więc powinnam zdążyć. Czekałam 15 minut, pół godziny, 40 minut… a w międzyczasie miejscowy pan zainteresował się blondynką szukającą transportu do Jasła i postanowił pomóc, pytając znajomych czy mnie nie podwiozą do Jasła. Bezskutecznie, więc postanowiłam łapać „stopa”. Stałam kilkanaście minut, ludzie patrzyli na mniej jak na brudasa, tudzież pannę lekkich obyczajów (nie byłam skąpo ubrana) i rozkładali ręce chcąc wytłumaczyć, że nie mogą się zatrzymać lub nie mają miejsca. Stałam sobie jeszcze kilka minut, słońce zdążyło mnie zmęczyć swoim blaskiem, aż tu ni stąd ni zowąd PKS! Ostatni PKS z Jasła do Folusza (o czym wtedy nie wiedziałam) zajechał na przystanek, więc ruszyłam pędem do drzwi, aby zapytać kierowcy czy jedzie do Jasła – zaprzeczył, lecz zdając sobie sprawę z mojego utknięcia w Foluszu na weekend (był piątek), pozwolił wsiąść z obietnicą, że podwiezie mnie do miejscowości niedaleko stąd, gdzie jeżdżą MKSy do miasta. Wsiadłam i wywiązała się miła pogawędka. Jechaliśmy ok. 20 minut, a kosztowało mnie to psie pieniądze. Podziękowałam i stanęłam w wyznaczonym miejscu oczekując na przyjazd autobusu, jednak postanowiłam znowu spróbować swojego szczęścia na stopa i… znowu się prawie rozczarowałam. Sytuację uratowało młode małżeństwo, które zabrało mnie do Jasła i wysadziło na przystanku mojego busa do Rzeszowa. Tak się zakończyła moja przygoda w Beskidzie Niskim.

Informacje praktyczne w odpowiedniej zakładce.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *